Jesteś tutaj
Start > Kraje > Dania > Czapka diabła

Czapka diabła

    Rano skoro świt, pierwszy wstał, zmarznięty Damian. Rozpalił ognisko i grzał się przy nim. Później wstaliśmy my i też nie ukrywam, że skorzystaliśmy z ciepła ogniska. Bardzo nie chciało nam się dalej jechać. Dopadł nas pierwszy kryzys. Niestety czas w drogę. Ubrani w długie rękawy i kurtki. Pierwsze mocniejsze promienie słońca dotarły do nas dopiero koło dziewiątej. Lasem przez zamknięty płotem park w którym według znaków powinny być żubry.

Niestety nie natrafiliśmy na żadnego, za to trafiliśmy na coś opisanego w przewodniku jako wieża widokowa, w rzeczywistości była to zwykła ambona myśliwska z widokiem na bagniska po których chodziły całe rodziny wielkich gęsi i żurawi. Miły sielski widok. Było już na tyle ciepło, że mogliśmy zdając kurtki przeciw wiatrowe. Jazda przez las była najspokojniejszym i chyba najlepszym etapem na całej trasie. Teraz szerokimi leśnymi drogami jechaliśmy na południe. Drogi te oznaczone były jako ścieżki rowerowe i rzeczywiście bardzo dobrze się w tej roli sprawdzały. Taka uwag a do naszych włodarzy, my w Polsce mamy setki jak nie tysiące kilometrów takich dróg, bardzo ładnych i wygodnych, dlaczego ich nie oznakujemy i odpowiednio rozlekamujemy. Sukces gwarantowany, jak taki mały Bornholm potrafił to jaki rezultat dało by to w naszym pięknym kraju. W samym środku lasu przy drodze napotkaliśmy na wielki kamień postawiony w pionie jak by wbity w ziemię. Nic na jego temat wcześniej nie znaleźliśmy ale był na pewno dużo bardziej interesujący i intrygujący niż wcześniejsze kurhany. Był bardzo tajemniczy i chętnie poznał bym jego historię. W pewnym momencie z lasu na drogę prosto pod Michała koła wyskoczyła czarna wiewiórka. Tylko dzięki jego szybkiej reakcji małe zwierzątko nie ucierpiało. Tutaj można było poczuć, że jesteśmy daleko od cywilizacji. Nie było żadnego ruchu na drogach. Nie spotkaliśmy żadnej żywej duszy. Teraz bocznymi drogami asfaltowymi między pojedynczymi gospodarstwami jechaliśmy w kierunku południowego wybrzeża. Na tak zwanej bormholmskiej wsi rzuciło nam się w oczy kilka rzeczy. Po pierwsze w domach nie mają firanek, po drugie na podwórkach nie mają psów, a zwierzęta domowe typu kury czy kaczki są rzadkością i jak już są, to są pozamykane w kojcach. Na polach gównie żółte łany rzepaku na tle wielkich nowoczesnych farm wiatraków. Tego dnia nie było specjalnie mocnego słońca ale był wiatr, co na koniec dnia dało efekt taki, że mieliśmy mocno spieczone twarze. Nad południowym brzegiem wyspy miało być mnóstwo pól namiotowych i kempingów. Teoretycznie były, ale dopiero przygotowywały się do przyjęcia klientów i w większości były zamknięte.


W miejscowości Balka, na przedmieściach Nexø w końcu znaleźliśmy otwarty kemping. Najedliśmy się, a konkretnie zjedliśmy prawie wszystko co mieliśmy, rozbiliśmy namiot i poszliśmy na plaże. Z tej strony wyspy jak już wspominałem, plaże są piaszczyste takie jak u nas nad Bałtykiem. O tej porze roku nie prezentowały się one jednak tak ładnie jak pewnie w pełni sezonu. Za to bardzo fajnie jeździło się po nich rowerem. Michał nawet odważył się i wszedł do wody.


4 maja 2014 r.

   Ta noc w odróżnieniu od wcześniejszej była bardzo spokojna i ciepła. Niestety okazało się, że nie schowaliśmy do namiotu reszty jedzenia. Ptaki z okolicy szybko odkryły, że w szeleszczących workach pod namiotem leżą pyszności i chętnie się nimi posiliły. Czekał nas więc z rana wypad do sklepu po jedzenie. Wydaliśmy jeszcze resztę koron w Netto bo nie ma po co je przywieźć do Polski. Dzisiaj niestety wracamy do domu. Jest rano a prom w Nexø odpływa dopiero o siedemnastej. Mamy wiec cały dzień wolny. Nie będziemy siedzieć na miejscu. Robimy pętlę dookoła Nexø przez Paradisbakkerne. Jedną z atrakcji Bornholmu. Paradisbakkerne można by luźno przetłumaczyć „Rajskie Pagórki”. Podobnie jak Ekkodalen są to dolinki i wzniesienia powstałe na skutek ruchów tektonicznych. Są one jednocześnie najwyższym punktem 113m n.p.m. na wyspie. Rzeczywiście bardzo ładne miejsce, chociaż jak zwykle mocno przereklamowane w przewodnikach. Drogi wiją się między pagórkami, jeziorkami i co jakiś czas dużymi kamieniami narzutowymi (takie wielkie głazy). Panorama z wzgórz pozwalała gołym okiem zobaczyć większą część południowego Bornholmu. Od wielkich wiatraków między kolorowymi polami, po kręcące się na morzu statki.

   W miejscowości Bodilsker obejrzeliśmy kolejny ładny kościółek, z starym cmentarzem i ciekawostką „czapką diabła”. To takie dziwne coś wystające z białej ściany jednego z murów. Czas wracać do Nexø. Drugiej pod względem wielkości miejscowości na wyspie. Niezbyt ciekawe, senne miasteczko. Spokojne, ale gdyby nie port i przypływające tu statki z rybami i polskimi turystami, myślę, że było by pomijane podczas podróży po wyspie.

    Od szesnastej czekaliśmy na wejście na prom, który już stał i czekał na nas. Zaczęło się mocno chmurzyć i nawet krótko przed wejściem na pokład zaczęło trochę padać.
Tak zakończyliśmy naszą podróż po tej dość popularnej dla rowerzystów krainie.

Podsumowując całą wyprawę. Na pewno każdemu polecę aby sam pojechał i poznał ciekawe zakątki Bornholmu. Nie nastawiajcie się jednak, że wszyto co jest opisywane w przewodnikach, jest takie w rzeczywistości. Może w skali wysyczy, czy nawet całej Danii są to atrakcyjne miejsca, jednak na bardzo duża rolę dogrywa tu reklama i promocja wyspy. Na pewno u każdego z nas okolicy jest bardzo dużo takich samych, a nawet ciekawszych miejsc. Nie nazwał bym tej wyspy rajem dla rowerzystów. Owszem widać rozwiniętą infrastrukturę, głownie w postaci ścieżek rowerowych ale nie poprzesadzajmy, w większości są to jedynie wydzielone wcale nie za szerokie pobocza wzdłuż dróg lub po prostu leśne drogi. A mały ruch sprawia, że jest bezpiecznie. Oznakowanie dróg jest dobre i czytelne, ale na tak małej wyspie nawet bez oznakowania nie ma możliwości zagubienia się. Niestety w maju wszystkie, podkreślam wszystkie zabytki są pozamykane. Tanie pola namiotowe, które są opisane na mapach i w internecie są tylko teoretyczne. Liczyć można tylko na te droższe pola namiotowe (nie są one na szczęście wyjątkowo drogie jak na nasze polskie kieszenie). W maju większość sklepów i miejsc typu wędzarnie, kawiarnie są zamknięte, a te pozostałe mają ceny wysokie. Np. maleńki hotdog (bułka dwa razy krótsza niż parówka) to koszt 55 koron (30 zł), prawie tyle co nocleg na polu namiotowym. Jest tam spokojnie, bezpiecznie i miło. Można poznać inny styl budownictwa i życia niż w Polsce. Każde poznanie nowych miejsc jest rozwijające. Polecam tą wyspę szczególnie dla osób z średnią kondycją. Jednak pamiętajcie, aby nie nastawiać się na płaską wyspę. Jest ona na tyle mała, że w każdej chwili można podjechać autobusem lub rowerem w dowolne miejsce na wyspie.
Polecamy odwiedzić Bornholm.

<< cała podróż     << wcześniejszy dzień     dzien123  

Wasze komentarze

Dodaj komentarz

*

This blog is kept spam free by WP-SpamFree.