Jesteś tutaj
Start > Kraje > Ukraina > Czatyrdach, Dolina Przewidzeń, Demerdży – piękno krymskiej przyrody

Czatyrdach, Dolina Przewidzeń, Demerdży – piękno krymskiej przyrody

     Na dzisiejszy dzień czekałem najbardziej. Jedziemy w góry. Planowałem go jeszcze w Polsce. Na Krymie nie ma wysokich gór, ani specjalnie okazałych szczytów ale dla chcącego zawsze znajdzie się jakaś ciekawa trasa.    Góry tutejsze są bardzo specyficzne. Przypominają trochę nasz Góry Stołowe. Niby mają szczyty ale tak naprawdę u góry są prawie płaskie i stanowią połoniny zwane tutaj jajłami. Ich ukształtowanie jest ciekawe i specyficzne. Góry  rozciągają się równolegle do morza ze wschodu na zachód lub odwrotnie. Na szerokość około kilkunastu kilometrów. Od północy wejście jest dość łagodne od południa zaś jajła nagle się urywa i spada prawie pionową ścianą. W poprzek gór przebiega Dolina Ancharska, która biegnie główna droga łącząca Krym północny z południowy. Ciekawostką tego miejsca jest też to, że jest tu najdłuższa i jedna z najstarszych linii trolejbusowych na świecie. Biegnąca z Simferopola do Ałuszty.

     Na początek góry na wschód od doliny czyli Demerdżi (Демерджі́- Яйла). Z dwoma szczytami każdy po około 1300 m n.p.m. ale my nie mieliśmy zamiaru ich zdobywać. Naszym celem była Dolina Przewidzeń w jednej z tutejszych dolin. Droga nie była zbyt stroma i trudna. Raczej dla początkującego turysty. Szlak zaczyna się w miejscu gdzie kiedyś była miejscowość Łuczystoje ale po trzęsieniu ziemi na początku XX wieku została przeniesiona. Do dzisiaj zostały tu tylko wielkie bloki skalne, oderwane wtedy od zboczy. Dalej kilka minut pod górę przez krzaki i już jesteśmy na niewielkim płaskowyżu skąd pięknie widać końcową część Doliny Ancharskiej wraz z Ałuszną i Morzem Czarnym. A po drugiej stronie masyw Czatyrdahu.

   Chwilę później byliśmy już w na miejscu w Dolinie Przewidzeń. Rzeczywiście góry przybierają tu ciekawe formy skalne. Każdy z nas widział to co mu wyobraźnia podsunęła. Dolina wzięła swoją nazwę od zmiennych warunków atmosferycznych w tym miejscu, bo gdy nadchodzi mgła lub światło pada z odpowiedniego kierunku formy te sprawiają efekt przewidzeń. Nam nic takiego się nie zdarzyło.  Trochę byłem zawiedziony samym wejściem. Było proste, szybkie i krótkie. Tak samo jak zejście do obecnej miejscowości Łuczystoje. Tutaj mogliśmy zobaczyć współczesną ukraińską wieś. Z daleka przypominała nasze wsie, ale z bliska rzucał się w oczy nieład i bieda. Długość tej trasy to około 4,50 km. Przewyższenie około 410 m.

     Teraz musieliśmy się kawałek cofnąć do doliny Angarskiej, aby wejść na jej zachodnią cześć w kierunku Czaryrdahu. Czatyrdah (Чатир-Даг) to nie jest jedna góra, to jest płaskowyż (jajła) z kilkoma szczytami a najwyższy z nich to Eklizi-Burun (Еклізі-Бурун) 1527 m n.p.m. Czatyrdah nie  jest najwyższym zniesieniem na Krymie, jak do niedawna jeszcze sądzono. Najwyższym jest Romna-Kosz (Роман-Кош) 1545 m n.p.m. Nie jest też najładniejszą, ale najbardziej popularną, znaną i ważną dla Polaków. Dlaczego? Bo to na niej był nasz najsłynniejszy „zesłaniec” Adam Mickiewicz i to właśnie ją opisał w swoich sonetach. Co robił Mickiewicz na Czatyrdahu? A co miał robić z nudów chodził zwiedzał, odpoczywał i kosztował życia.

Czatyrdah (Чатир-Даг)   Jedyną niedogodnością był fakt, że nie mógł wrócić do Polski, kiedy chciał. Tylko czemu się o tym w szkołach nie mówi. Wróćmy jednak do naszej wyprawy. Od razu weszliśmy w wysoki liściasty las. Droga była szeroka, rozjechana przez jakieś pojazdy terenowe. Cały czas pod górkę, ale niezbyt stromo, drogą w zacienionym bukowym lesie. Minęliśmy z lewej szczyt Eklizi-Burun, którego niestety przez gęsty las nie było widać. Szło się bardzo miło, choć narzuciliśmy dobre tempo. Co jakiś czas robiliśmy przystanki aby złapać trochę oddechu. Po około trzech kilometrach odpoczynek był dłuższy. Niestety od tego momentu zaczęła się ostra wspinaczka. Oczywiście nie w kategoriach górskich. Droga stała się wąska, jak ścieżka dla zwierząt. Szliśmy gęsiego, chwytając się drzew do podciągania. Ściana miała na moje kąt nachylenia około 45-60 stopni. Ci co wiedzą o czym mówię, zdają sobie sprawę, że jest to bardzo stromo. Utrudnieniem było jeszcze to, że pod nogami nie mieliśmy kamieni, tylko osuwającą się ściółkę. Tylko gdzieniegdzie wystawały korzenie o które można było zaprzeć nogi. Straszne się tu zmęczyliśmy. Sama wspinaczka w tym miejscu nie była długa miała może kilkaset metrów w linii poziomej. Damian żwawo wdrapał się pierwszy i raźno nas dopingowały skradających się mozolnie do góry. Mino zmęczenia, lejącego się z czoła potu wszyscy wdrapaliśmy się na ścianę do pięknej i niewielkiej kotliny. Tutaj już pod nogami i po bokach mieliśmy skały wapienne. To tutaj można spotkać endemiczne (występujące tylko tutaj) odmiany cisa. Taka sugestia – pewnie niewiele osób wie, że w Polsce też mamy rezerwat cisa i jest to na dodatek drugi najstarszy rezerwat na świecie. Założony jeszcze przez Kazimierza Wielkiego. Znajduje się we Wierzchlesie niedaleko Bydgoszczy. Wracamy do tematu. Przez gęste korony drzew przedostawało się niewiele światła więc było dość ciemno i mocno wilgotno. Teraz już spokojnie pod górę wąwozem dotarliśmy do krawędzi jajły. Wyszliśmy z lasu i naszym oczom ukazała się piękna słoneczna równina. Długość tego odcinka to około 5,00 km, przewyższenie około 350m. Jednak ostatni kawałek to kąt ~50 stopni.

     Jajły przypominają trochę nasze Bieszczady. Jednak są bardziej płaskie na „szczycie” i bardziej strome na krawędziach. Cała okolica jak wzrokiem sięgnąć w kierunku północnym i zachodnim to jeden wielki dywan traw, kwiatów i porostów. Poprzecinany co jakiś czas niewielkimi kępami krzewów głogu, dzikiej róży i tarniny. Wielkimi placami rozłożystych i pnących się po ziemi jałowcami. Między którymi wiodły wąskie ścieżki jakby wydeptane przez tutejszą zwierzynę. Pod stopami mieliśmy połacie wrzosów, jagód (nie było owoców bo to nie ta pora), licznych porostów, bylin. Do naszych nosów wdał sie piękny zapach aromatów tutejszych roślin i olejków rozwiewany przez lekki wiaterek. Cała różnorodność kolorów falujących na lekkich pagórkach Czatyrdachu.
I jak tu nie wspomnieć o naszym wieszczu Adamie. Mimo, że nie jestem miłośnikiem literatury pięknej, miał facet łeb do opisów, cytuję:

Adam Mickiewicz – „Stepy akermańskie”.
„Wpłynąłem na suchego przestwór oceanu,
Wóz nurza się w zieloność i jak łódka brodzi,
Śród fali łąk szumiących, śród kwiatów powodzi,
Omijam kolorowe ostrowy burzanu …”

     Im dalej odsuwaliśmy się od krawędzi jajły, którą weszliśmy tym robiło się coraz goręcej. Niestety nigdzie jak okiem sięgnąć nie było widać drzewa, czy choćby cienia. Biegła tędy tylko jedna droga. Droga to dużo powidzanie, coś rozjeżdżanego przez ciężarówki które jeździły kiedyś tutaj do bazy wojskowej przerobionej obecnie na bazę turystyczną. Niestety droga biegła wielkim łukiem, więc postanowiliśmy iść na przełaj, prosto. Z każdym krokiem rośliny pod naszymi nogami stawały się bardziej suche i ostre. Przyklejały się do butów i skarpet. Lekko cięły nogi. Na dodatek co jakiś czas pod nogami czuliśmy twarde krawędzie skał wapiennych, a w nich małe i duże otwory w które mogła łatwo wpaść noga. Były to jaskinie a w zasadzie otwory krasowe. Na Krymie jest ich dużo. Otaczające nas góry były nimi całe poprzecinane. W zasadzie można powiedzieć, że jest to jeden wielki zbiór małych i dużych jaskiń przykryty warstwą gór. Po niecałej godzinie gdy zrobiło się nam już naprawdę gorąco, doszliśmy ponownie do naszej drogi i zobaczyliśmy już przed sobą wieże przy której znajdowało się wejście do jaskini.

     Jak już pisałem wcześniej jaskiń jest tu dużo. Największa i najpopularniejsza z nich to Jaskinia Murowana. My jednak postanowiliśmy zwiedzić otwartą dopiero 2013-jaskinia2kilka lat temu, stosunkowo świeżo odkrytą jaskinię Emine-Bair-Chosar. Wstęp tylko z przewodnikiem ukraińsko lub rosyjsko języcznym w cenie 45 Hr. Byłem już w niejednej jaskini udostępnionej dla zwiedzających jak i takzwanych dzikich. Jednak ta jaskinia zasługuje na pewno na manio jednej z najładniejszych na świecie. Cała jaskinia składa się jakby z dwóch jaskiń połączonych z sobą niewielkimi syfonami. jaskinia dolna jest całkowicie wyłączona z ruchu turystycznego i udostępniona tylko i wyłącznie wybranym naukowcom. To wszystko ze względu na to, aby nie zniszczyć jej zasobów. Jednak zwiedzenie górnej jaskini jest całkowicie wystarczające i  da wystarczająco dużo emocji nawet laikowi. Cała jaskinia jest oświetlona i dostosowana do zwiedzania dla każdego turysty, czyli wszędzie są schody, chodniki i barierki. 2013-jaskinia3Niestety nie dodaje to urokowi jaskini. Wiem jednak, że wszystkie liczące się w turystyce jaskinie muszą być tak dostosowane. Znajdziemy tu kości prehistorycznych zwierząt (niestety przyniesione z innych miejsc), liczne tunele, groty. Jaskinia biegnie na kilku poziomach więc widok zapiera w piersiach. Setki czy tysiące stalagmitów i stalaktytów są tu nie do opisania. Całe ściany oblepione naroślami geologicznymi tworzą olbrzymie na kilka metrów organy. Olbrzymie komnaty podświetlone punktowo. Piękne kolory i kształty. Bardzo trudno jest to wszytko pisać. Trzeba to zobaczyć. Tak jak w każdej jaskini tak i w tej jest dość zimno około 4-5oC. Ja co prawda byłem w krótkim rękawie i krótkich spodenkach, jednak proponuję ubrać się tak jak do innych jaskiń, czyli w długi rękaw.

Krym - na Czatyrdachu     Teoretycznie był to ostatni punkt tego dnia. Trzeba było jednak jeszcze wrócić do jakiejś drogi do autobusu. A jak to się okazało później nie było to takie proste i szybkie. Poszliśmy dalej na północ. Przed nami rozpościerał się piękny górzysty krajobraz, który musieliśmy pokonać. Nie były to oczywiście góry – skały, tylko raczej gładkie pagórki. Jednak trzeba było się na nie wspiąć i zejść w dół. Były całkowicie „łyse”. Nie było ani jednego drzewa czy skały. Porastały je tylko mchy i nieliczne trawy, więc panorama była piękna. Z góry szło się dość szybko, pod górę jak zwykle gorzej. Doszliśmy do ostatniego zejścia które okazało się bardzo niebezpieczne. Nie dość, że stok nagle ostro spadał, to jeszcze skończyły się trawy a pod nogami mieliśmy luźne kamyki na których można było jechać jak na lodowisku. Ścieżka nie była jednoznaczna. Nie było o co oprzeć osuwające się nogi. Pamiętajmy, że byliśmy już dość zmęczeni więc nasze mięśnie nie pracowały jak należy i nie amortyzowały kroków. Kilkakrotnie każdy z nas „wpadł w poślizg” i zjechał na tyłku kilka metrów, rozczapierzając palce i ręce aby złapać przyczepność. Przy okazji robiąc dużo kurzu i krzyku. Perspektywa długiego zjazdu nie była miła, bo dolina do której można było spać leżała dwieście metrów niżej. Zabić się raczej było by trudno ale połamać bez problemu. W końcu weszliśmy w mały lasek, a za nim już do miejscowości Pierewalnie, gdzie jest wspomniana wcześniej droga z autobusami i trolejbusami. Jeszcze tylko smaczny obiad w tutejszej restauracji i wracamy.


21 sierpnia 2013 r.

     W końcu nadszedł ten dzień. Tak bardzo wyczekiwany. Dzień bez wysiłku, dzień bez zwiedzania. Czas wolny. Błogi czas na leniuchowanie. 2013-Krym-plazaHa! Tego dnia postanowiliśmy zrobić sobie plażowanie i zakupy. Pojechaliśmy do Eupatorii, na zakupy, bo zapasy jedzenia kupione wcześniej się już pokończyły. Po powrocie poszliśmy na nasza plażę tą koło pensjonatu. Okazało się, że meduzy już odpłynęły, a wodorostów jest nie dużo. W takim razie skorzystaliśmy z kąpieli najpierw wodnej, potem słonecznej i znowu wodnej. Woda czysta i dość ciepła nie taka jak w Sztormowym ale fajna. Dno najpierw mocno kamieniste potem ładny piaseczek. Plaża taka sobie, szału nie robi, wąska, piach zbity, trochę śmieci ale nie nażekaliśmy.
Po plażowaniu poszliśmy do Zaozionego do „restauracji”. To taka forma wczesnego kapitalizmu. Stoliki w ogródku, dania dobre i niedrogie. Po drodze wstąpiliśmy do sklepu, śrdnio zaopatrzonego, ale najpotrzebniejsze rzeczy mają. W tym sklepie chciałem kupic chleb i spytałem Panią – czy jest świerzy chleb? Pani odpowiedziała: – tak w poniedziałek przywieźli. Chciał bym zwrócic uwagę, że to była środa po południu, rzeczywiście chleb był kilkudniowy, jednak tu na Krymie chleb nie jest tak powszechny jak u nas. Je się go dużo mniej i w sklepach też jest go mało. Są co prawda sklepy z chlebami, ale te chleby są inne niż nasze, nie takie świerze. W supermarkecie też był tylko jeden rodzaj chleba i chyba tylko raz dziennie pieczony. Więc jak ktoś lubi świerzy chlebek, tak jak Madzia może się troche zawieść. Mają tu za to inne rodzaje pieczywa w formie placków.
Tak nam miło minoł kolejny słoneczny dzień.

Wasze komentarze

Dodaj komentarz

*

This blog is kept spam free by WP-SpamFree.