Jesteś tutaj
Start > Kraje > Gruzja > Dolina Sno – kaukaski trekking

Dolina Sno – kaukaski trekking

Gruzja,  to nie tylko wspaniałe jedzenie, kultura i ludzie.  Gruzja to Kaukaz i coraz częstszy cel wyjazdów – trekking w górach. A Kaukaz, to nie tylko Swenetia i Kazbek, ale również piękne szlaki w Khevi i Usheti.

  Dla żądnych wrażeń na górskich szczytach, ale niekoniecznie tych trudnych, jak wejście Kazbek czy Elbrus, alternatywą może być trekking dolinami Khevi. Regionu wciśniętego między Północną Osetię, a Inguszetię (Rosja). To tutaj znaleźliśmy piękną, malowniczą dolinę Sno.

Obecnie dostać się tutaj jest dość łatwo, bo z Stepantsminda (ros. Kazbegi), do mostu na rzece Juta (czyt. Dżuta), w miejscowości o tej samej nazwie można dojechać marszrutką za 10 lari, lub taksówką za 40 lari. Ta droga nie należy do wygodnych, mimo że ma zaledwie dwadzieścia kilometrów. Trzeba poodbijać sobie co nie co na dziurach i wybojach, ale trudy podróży zrekompensują późniejsze widoki a podróżujący po Gruzji szybko przyzwyczajają się to takich warunków.

   Juta (gruz. ჯუთა) to mała wioska, intensywnie rozwijająca się turystycznie, położona w głębokiej dolinie na wysokości około 2140 m n.p.m. Tam, gdzie kończy się droga trzeba nie lada wysiłku, aby wspiąć się bardzo stromą ścieżką, by stanąć ponad wsią u szerokich wrót kotliny. Wysiłek ten szybko został zrekompensowany. Ukazał nam się widok niczym z alpejskich pocztówek. Zielone łąki, przystrojone połaciami kolorowych kwiatów i biegające samopas konie. Wszytko to u podnóża wysokich, ciemnych, majestatycznych szczytów na końcu kotliny.

   To tu dostępna jest dla turystów całego świata baza turystyczna – Zeta Camping (www.zeta.ge). Początkowo planowaliśmy od razu trekking szlakami w kierunku wschodnim, aż do Shatili. Zatrzymaliśmy się tu na noc i na rekonesans. Jak się okazało los chciał inaczej. Tak się nam to miejsce spodobało, że postanowiliśmy zmienić nasze plany i zrobić sobie tutaj naszą bazę wypadową.

   Byliśmy już po wspinaczce na Kazbek, gdzie warunki bytowo-sanitarne były, delikatnie mówiąc, bardzo trudne. Tutaj, dla odmiany, jest wszytko czego turysta potrzebuje. Wygodne pole namiotowe (lub kilka pokoi w domkach), bar, czysta toaleta, ciepła woda, i co najważniejsze, wspaniała atmosfera i wspaniali ludzie. Musimy też wspomnieć o bajecznych widokach. Wschody i zachody Słońca nad szczytami, chmury przesuwające się poniżej naszego obozu i wędrujące doliną, obserwowane z bujanego fotela czy hamaku. Tuż przy ogrodzeniu –  stada biegających wolno koni. Raj zarówno dla lubiących słoneczne sjesty, jak i dla żądnych wrażeń turystów z rana wyruszających na pobliskie szlaki.

   Te szlaki to jest to, co nas tam oczywiści przyciągnęło. Z samej Juty prowadzą dwa szlaki. Niebieski i czerwony. Oba w kierunku wsi Roshka przy drodze nr 26. Południowy, niebieski biegnie prosto z kampingu w kierunku widocznych już z dala ciemnych siedmiu szczytów trzytysięczników, w tym Asatiani (3842 m n.p.m.) oraz Chaukhi (3688 m n.p.m.). Szczyty te są dostępne dla doświadczonych wspinaczy.

   Idąc doliną mieliśmy wrażenie, jak byśmy przenieśli się w szwajcarskie Alpy czy włoskie Dolomity. Piękne zielone łąki, ustrojone dywanami z kwiatów, poprzecinane licznymi strumieniami i wodospadami. Co jakiś czas soczysta zieleń przełamana była białymi placami zmarzniętego śniegu, który upodobały sobie stada krów. Krowy to bardzo ciekawe stworzenia. Codziennie same wędrowały ze wsi na odległe, wysokie pastwiska. A wieczorem pokonywały tą sama drogę w przeciwnym kierunku. Jednocześnie były bardzo ciekawskie i chętnie co rano zaglądały do namiotów rozłożonych wzdłuż ich drogi.

   Każdego dnia rano, nasz namiot mijała też starsza babulinka, która wraz z synem otworzyła maleńką kawiarenkę na szlaku. Kierując się polskim doświadczeniem, początkowo ją omijaliśmy spodziewając się wysokich cen ze wzglądu na trudność dostarczenia w to miejsce wszelkich produktów. Jakie było nasze zdziwienie gdy okazało się, że starsza pani oferuje napoje i ciepłe jedzenie własnej kuchni w bardzo niskich cenach. Do tego wspaniała atmosfera z oszałamiającymi widokami. Wszystko, co oferowali wraz z małym domkiem który zbudowali wnieśli na swoich i oślich plecach.

   Po niecałej godzinie doszliśmy do małego jeziorka, gdzie większość grup kończy swoją wędrówkę. Jeden widok lepszy od drugiego. Z jednej strony, w dół wielka dolina z kłębiącymi się co chwile chmurami (poniżej naszego miejsca), z drugiej, strome szczytu gór wznoszące się prawie pionowo, tuż nad naszymi głowami.

   Dalej szlak skręca w kolejne doliny wzdłuż rzeki, a w zasadzie strumieni Chaukhistskali, w kierunku przełęczy Chaukhi (3338 m n.p.m.). Początkowo spokojna droga w końcowej części zaczyna ostro wspinać się w górę. Dalej wzdłuż lodowca Abudelauri i pięknych kolorowych jeziorek można dotrzeć w ciągu 2 dni do Roshka.

   Szlak północny czerwony jest dużo bardziej „dziki” i mniej uczęszczany. Dzięki czemu jest jeszcze bardziej atrakcyjny. Spowodowane jest to przez bliskość granicy Rosyjskiej (Inguszetia) i rzekę Jutistskali (Juta), która w zależności od obfitości wody potrafi odciąć szlak.

   Tak było i w naszym przypadku, gdy świeżo wykonana droga nagle się urwała nad brzegiem rzeki. Tylko strzałki na skałach skazywały, że kiedyś tędy dalej biegł szlak. Najbliższy mostek znaleźliśmy cofając się do posterunku pograniczników gruzińskich, gdzie trzeba okazać paszporty i wytłumaczyć, gdzie i po co się idzie. Taką kontrolę przechodziliśmy jeszcze ponownie w dalszej części szlaku. Tak naprawdę są to prymitywne obozy, w których wartę pełnią znużeni żołnierze, dla których byliśmy jedyną rozrywką. Z jednej stron chcieli pokazać jaką „ważną” pełnią misję, skontrolowali skrupulatnie nasze dokumenty i pouczyli gdzie nie wolno nam iść, z drugiej strony częstowali kawą i herbatą, byle tylko mieć z kim porozmawiać i dowiedzieć się coś o przybyszach i ich kraju.

   Do poszukiwania prymitywnych mostków, czy raczej kładek na tej trasie trzeba się przyzwyczaić i korzystać z porad nielicznych tu pasterzy. Za to widoki zapierały dech w piersiach. Szlak nie jest zbyt trudny przynajmniej do miejsca gdzie łączy się z żółtym szlakiem i zaczyna wspinać na przełęcz Sadzele (3056m n.p.m.). Mimo, że byliśmy na wysokości około trzech tysięcy metrów, otaczała nas roślinność niczym z filmu Jurasic Park. Wszytko to, przeplatane rwącymi strumieniami, z wielkimi lodowymi czapami, tworzącymi naturalne mosty i wodospady.

   Po takich wędrówkach i przygodach przyjemnie było wracać na nasz Zeta Camping, gdzie wieczorami można było zjeść pyszne gruzińskie przysmaki (między innymi chinkali czy chaczapuri), przy lampce gruzińskiego wina, lub dla silniejszych głów przy słynnej gruzińskiej czaczy.

Jeśli komuś byłoby mało emocji (tak jak nam), można jeszcze wynająć konia lub rower i poczuć wiatr we włosach (jak się je ma 🙂 ). Nie omieszkaliśmy poświęcić jednego dnia na te atrakcje.

PS.
Wędrówka z plecakami dłuższymi szlakami (niebieskim lub czerwonym + żółtym), aż do Roshka, to wyprawa dla naprawdę silnych i dobrze przygotowanych osób. Droga jest dość długa, trzeba się wspiąć na Przełęcz Chaukhi (3338 m n.p.m.) i nocować na prowizorycznych miejscach biwakowych bez jakiegokolwiek zaplecza socjalnego (kawałek nawet nie oznaczonych miejsc). Trzeba być w pełni zdanym na to co niesie się w plecaku.

Wasze komentarze

Dodaj komentarz

*

This blog is kept spam free by WP-SpamFree.

EnglishFrenchGermanPolishSpanish