Jesteś tutaj
Start > Kraje > Dania > Klify i zamek na Bornholmie

Klify i zamek na Bornholmie

     Rano leniwa pobudka o ósmej. Słońca było jeszcze mało, a od morza ciągnęło wilgotne zimno. Ciepła kawa postawiła nas na nogi. Wszyscy obecni tam turyści to typowi wędkarze, w lodówkach były ich ostatnie trofea, wielkie ponad metrowe ryby. A w całej okolicy czuć było mocny zapach ryb. Pakowanie i w drogę. Nocowaliśmy tuż przed wjazdem do większej mieściny Gudhjem.

   Jak zwykle przywitał nas piękny biały wiatrak. Był inny niż ten co oglądaliśmy go wczoraj. Miał specjalnie wygięte drewniane łopaty na które naciągało się materiał. I ten „zabytek” niestety zamknięty. Miasteczko to podobno słynie z specjalnego wędzonego śledzia, niestety nam się nie udało nigdzie spotkać wędzarni. Może to nie ta pora. Przy wyjeździe z miasta znajduje się most nad doliną z którego jest piękny widok na miasteczko, a w zasadzie jego czerwone dachy na tle lazurowego morza i wyspę Christiansø w oddali. Nie da się pojechać dalej bez zrobienia kilku fotek z tego miejsca.

   Teraz droga biegła zboczem wyżyny z której pięknie było widać w dole zatokę, aż do Allinge do której jedziemy. Droga była lekko z górki, wspomagani przez wiatr wiejący w plecy szybko dojechaliśmy do miejsca gdzie powinny znajdować się klify. Niestety przy drodze nie ma co szukać takiej informacji. Zdaliśmy się na mapę i naszego nosa. Na szczęście nos nas nie mylił. Piękna leśna droga doprowadziła nas na brzeg samego morza, do kamiennej plaży. Kamienna lub skalista plaża to z północnej stronie wyspy normalny widok w odróżnieniu od południowej piaszczystej plaży. Dalej droga prowadziła lasem przy samej linii brzegowej.

     Nie wiem czemu Duńczycy nie wyznaczyli tam żadnego szlaku (na polskich mapach jest ale w rzeczywistości nie ma żadnych oznaczeń), bo naprawdę warto. Jest to jedno z najładniejszych miejsc na Bornholmie. W pewnym momencie leśna droga przechodzi w skalną półkę tuż nad wodą. Prowadzenie rowerów, bo o jeździe w tym miejscu nie ma mowy, było dość trudne. Ostrożnie przeszliśmy wzdłuż skał do stromych schodów. Tutaj mieliśmy do wyboru, albo wracamy tak jak przyszliśmy albo wciągamy rowery po bardzo stromych schodach. Gdyby rowery były puste to nie było by większego problemu, jednak kilkanaście kilogramów bagażu i przyczepka robiły swoje. Na dodatek schody były wyłożone gliną, przez co strasznie ślizgały nam się nogi. Prawie pól godziny wspinaliśmy się z mozołem pod górę. Najgorzej miał Michał który ciągnął przyczepkę. Na górze czekała na nas jedyna w okolicy tablica mówiąca, że tam w dole coś jest. Mówię coś bo napis nic nikomu nie mówił.

     Tutaj ścieżki rowerowe nie są częścią drogi, tylko osobnym pasem. Dzięki temu jedzie się bardzo przyjemnie i oczywiście bezpiecznie. Dodatkowo droga osłonięta jest drzewami od słońca i wiatru. W Allinge w porcie znaleźliśmy w końcu większy sklep Netto. Zrobiliśmy zakupy z myślą o kolejnych dniach. Dzięki Michała przyczepce mogliśmy nie przejmować się wagą i wielkością zakupów.

     Allinge i łączące się z nim Sandvig to najbardziej na północ wysunięte miejscowości wyspy. Jest to dość turystyczne miejsce i tradycyjna zabudowa wypierana jest przez domy niczym nie różniące się od innych w całej Europie. Na samym skraju wyspy znajduje się kilkudziesięcio metrowe wzniesienie na którym jest park. W parku tym drogą pośród milionów komarów, dojechaliśmy do latarni morskiej usytuowanej na samiutkim skraju wyspy, kilka metrów od skalistego brzegu. Sama latarnia nie poraża wielkością. Są tu stare reszki murów obronnych i armat, stanowiące kiedyś pierwszą linie obrony przed atakującymi ją od strony morza napastnikami. Stąd już jest bardzo blisko do brzegów Szwecji. Na tyle blisko, że gołym okiem widać zarysy budynków na drugim brzegu. Do latarni jak zwykle nie można wejść. Ciekawostka na Bornholmie, którą spotkaliśmy jeszcze kilka razy są ogrodzone pastwiska dla owiec. Jednak nie takie zwykłe, tylko jak by górskie, owce chodzą sobie tu swobodnie no wzgórzach i skałkach i skubią nieliczną roślinność. Można tam wejść przez specjalnie skonstruowane drzwi, samozamykające się. Są one pochylone pod kątem tak aby człowiek mógł je otworzyć a owca nie.

     Dalej już tylko ostry podjazd i widać największy i najsłynniejszy zabytek na całej wyspie Zamek Hammershus. Zamek trzeba przyznać potężny. Szczególnie gdy ogląda się go z dołu na tle błękitnego nieba, oświetlony przez ostre promienie słoneczne, padające od przeciwnej strony. Został zbudowany w XIII wieku i przez wiele wieków służył jako najważniejsza twierdza na wyspie i centrum przesiadkowe dla wojsk krzyżowych. Niestety do dzisiaj z niego niewiele zostało. Jedna potężna ściana widoczna od strony drogi, która przyciąga każdego przejeżdżającego turystę, wieża i trochę murów. Wszystko na wysokiej 75 metrowej górze. Zamek mono prac renowacyjnych można zwiedzać i to bez opłat.

     Było już dość późno więc czas najwyższy poszukać jakiegoś noclegu. Uwaga w pobliżu zamku są tablice informacyjne o polu namiotowym w pobliży zamku. Niestety jest to tylko plac w lesie bez jakiegokolwiek zaplecza sanitarnego. Normalne pole namiotowe, a w zasadzie kemping jest kilka kilometrów dalej. Niestety jak to na kempingach, jest tam nieco drożej, ale za to z ciepłym prysznicem w cenie. Ponieważ było jeszcze przed sezonem oprócz nas na polu stał tylko jeszcze jeden kamper.
Jedzonko, piwko i spać bo nadciągały ciemne chmury.


<< cała podróż            << wcześniejszy dzień             dzien1345              kolejny dzień >>       

Wasze komentarze

2 odpowiedzi do “Klify i zamek na Bornholmie

  1. Też byłem rowerem na Bornholmie i ja miałem okazje być gdy zamek był otwarty. Nic rewelacyjnego. Tak trzymać rowerzuści

Dodaj komentarz

*

This blog is kept spam free by WP-SpamFree.