Jesteś tutaj
Start > Kraje > Ukraina > Odessa – czar minionych czasów

Odessa – czar minionych czasów

     Byliśmy tak zmęczeni, że cała drogę spaliśmy. Chociaż Magda podobno po nocy goniła karaluchy po wagonie. Konduktorka obudziła nas około 4 nad ranem gdy pociąg zbliżał się do dworca w Odessie (Одеса). Wysiedliśmy z pociągu gdy było jeszcze ciemno. Na wielkim dworu przywitał nas patriotyczna muzyka lecąca z megafonów i wielki neonowy napis na budynku „Serdecznie zapraszamy do miasta – bohaterskiej Odessy”. Po spodem wielkie komunistyczne odznaczenia w formie gwiazdy. Jak bym się przeniósł w dawne lata i w inny ustrój. Kolejny pociąg do Lwowa mieliśmy dopiero pod wieczór. Oddaliśmy bagaże do przechowalni (na samym końcu peronu i oczywiście znowu po schodach).

     Umywalka  w pociągu nie daje dużego komfortu więc postanowiliśmy się trochę odświeżyć. Dowiedzieliśmy się, że prysznice są albo na dworcu albo można podjechać na plaże. Wybraliśmy tą druga opcje i marszrutką podjechaliśmy na „plaże”. Już po wyjściu z busika poczuliśmy się dość dziwnie. Był to jakby park, w którym stało pełno urządzeń do gier i rozrywki. Trochę wyglądało to jak Las Vegas w wersji ukraińskiej. Mimo wczesnej, raczej dla nich późnej pory, było tam bardzo dużo młodzieży, w większości podpitej. Ubranej jak na dyskotekę (ukraińską dyskotekę!). Im głębiej szliśmy w ten park, tym coraz bardziej odechciało nam się szukać prysznica. Doszliśmy do samej plaży. Brudnej, płatnej, otoczonej niezliczonymi ilościami barów i knajp oraz wszelkiego rodzaju uciech. Na szczęście nikt nas nie zaczepiała, ale czuliśmy się nieswojo. Zapach alkoholu mieszał się z starym potem i moczem. Straszne miejsce o tej porze dnia. Szybko stamtąd wróciliśmy i jak to często na naszych wyjazdach bywa, niestety wylądowaliśmy w największej, międzynarodowej, ogólno dostępnej sieci ubikacji czyli w McDonalds. Na tyle ile się dało umyliśmy się i wypiliśmy kawę.

Odessa-opera            Dochodziła właśnie dziewiąta więc czas na zwiedzanie miasta. Dzisiaj niedziela. Na ulicach pusto, cicho i spokojnie. Miasto jeszcze spało i dopiero powoli leniwie budziło się w niedzielny poranek. Jak każdy turysta w tym mieście skierowaliśmy się do jednego z dwóch najbardziej znanych obiektów w Odessie, czyli do opery odeskiej. Wielki, monumentalny ale i dość ładny architektonicznie obiekt. Nie za bardzo znam się na takich budowlach. Bardziej zainteresowały mnie płaskorzeźby na pobliskich budynkach, przedstawiające odznaczenia które zdobyło miasto i jego mieszkańcy. Oczywiście odznaczenia zasługi dla byłego Kraju Rad. Na szczęście u nas tak daleko się nie posunęli nawet za komuny.

     Stąd już niedaleko do pomnika Puszkina i parku,  który prowadzi do najsłynniejszej budowli w Odessie, czyli schodów Potiomkowskich. W każdym przewodniku możemy poczytać o słynnych odeskich schodach, które były scenerią filmy „Pancernik Potionkin”. Ja powiem tak, byłem, widziałem i się rozczarowałem. Nic ciekawego schody jak schody, szerokie i tyle. Na końcu schodów stoi pomnik  księcia Richelieu, wyglądający jak cesarz rzymski. Kompletnie nie pasujący do okolicy. Przeszliśmy jeszcze przez park miejski i pobliskie sklepiki. Takie złe wrażenie na nas zrobiła Odessa prawdopodobnie dlatego też, że byliśmy już bardzo zmęczeni tym wyjazdem, krótkim snem w pociągu i wysoką temperaturą. Pokręciliśmy się jeszcze trochę po mieście i wróciliśmy na dworzec. Tam na ławce odpoczęliśmy. Zdrzemnęliśmy się i zostało nam niestety jeszcze kilka godzin czekania. W poszukiwaniu czegoś do jedzenia i wydania ostatnich hrywien, za dworcem znaleźliśmy bardzo ciekawe miejsce. Był to rynek, taki typowy miejski rynek gdzie można dostać mydło i powidło. Ciągnął się wąskim pasem między torami tramwajowymi a jakąś starą zajezdnią. Co jakiś czas część sprzedawców musiała się podnosić i przesuwać bo po strasznie wygiętych i nierównych torach przejeżdżał tramwaj, a raczej cos co przypominało tramwaj. Tam znaleźliśmy super budkę z ich regionalnymi plackami. Niestety nie pamiętam jak się nazywały. Były tanie i bardzo smaczne, można było sobie samemu dobrać dodatki. Zabraliśmy jeszcze po jednym na drogę i powoli z odebranymi walizkami skierowaliśmy się do pociągu.

            Kolejna noc w drodze znowu dała nam w kość, na szczęście wagon był klimatyzowany, co trochę ułatwiło jazdę w wagonach bez otwieranych okien. Koło południa byliśmy we Lwowie. Przesiadka do autobusu do Lublina, potem do Warszawy. W samochód i do domu w Bydgoszczy.

Tak zakończyła się nasza wspaniała podróż po tym mało znanym dla nas rejonie jak by nie patrzeć Europy.

Wasze komentarze

2 odpowiedzi do “Odessa – czar minionych czasów

  1. Piękna ukraińska przygoda. My nigdy w taki sposób nie zwiedzaliśmy żadnego kraju. Wszystkie nasze wyprawy są zorganizowane przez biura podróży, dlatego z ciekawością czytam jak sobie radzicie z niewygodami w czasie podróży: mycie, spanie, czy jedzenie. W trakcie czytania zastanawiałam się czy dałabym radę w każdym klimacie i miejscu jaki trzeba pokonać. Myślę, że przede wszystkim trzeba dobrze się do wszystkiego przygotować, ale też i znać swoje możliwości. Co by jednak nie było ma to swój urok i można Wam pozazdrościć:) A tak przy okazji, gdzie teraz się wybieracie?

    1. Oczywiście samodzielne podróżowanie jest dość kłopotliwe z punktu widzenia spraw codziennych. Jednak wszystko jest do ogarnięcia.
      Najtrudniejsze jest spanie. Jest kilka opcji hotel (drogo ale wygodnie), w drodze (tanio, ale nie zawsze można), u kogoś (najlepiej ale trzeba się starać).
      Mycie i ubikacja to jest bardzo łatwo: wszelkie stacje, dworce, lotniska, bary popularnych marek i nie tylko, meczety i krzaczki.
      Najważniejsze to przełamać się, rozmawiać, pytać, prosić.
      Nie ma co zazdrościć tylko jechać.
      Ja teraz wybieram się do … szpitala na operację nogi. Jak wyzdrowieję to może Madagaskar, może Peru a może … się okaże
      Pozdrawiam

Dodaj komentarz

*

This blog is kept spam free by WP-SpamFree.