Jesteś tutaj
Start > Kraje > Ukraina > Sudak – twierdza genuańska

Sudak – twierdza genuańska

     Dzisiejsza pobudka była hardcor’owa. Trzecia nad ranem. Wstaliśmy ze świadomością, że najbliższy odpoczynek i normalne łóżko będzie za trzy dni we własnym domu. Ale nic jeszcze trzy dni przygody przed nami. Na pół śpiąco pojechaliśmy do jednaj z bardziej na południowy wschód położonej miejscowości Krymu. DoSudaku (Судак). Wstążki szczęścia.Sudaku (Судак). Kiedyś był to wielki bardzo ważny w tym rejonie port morski. Dzisiaj to nieduże miasteczko, a jego główną atrakcją jest olbrzymia Twierdza Genuańska. A w zasadzie to co po niej zostało. Wielkość, naprawdę robi wrażenie do dzisiaj. Olbrzymie mury sięgające od krawędzi nad morzem do kilkuset metrów w głąb miasta. Niestety oprócz długiego muru, jednej baszty i próby rekonstrukcji klasztoru nic tu więcej nie zostało. Nie mówię oczywiście tego aby zniechęcić od zwiedzani. Przeciwnie to jest fajne i bardzo ciekawe miejsce. Szczególnie mury od strony południowej, od strony wysokiego zbocza które spada pionowo do morza. My mieliśmy jeszcze to szczęście, że akurat był tam organizowany piknik „folklorystyczny”. Można było postrzelać z łuku, kuszy, kupić części do zbroi i inne takie tam. Oczywiście wszystko przy muzyce średniowiecznej. Damian miał jeszcze przyjemność zrobić sobie zdjęcie z Assasinem. Taki muzułmański Krzyżowiec.Sudaku (Судак). Assasin.Dla niewtajemniczonych to też postać z gier komputerowych. Dalej wybieraliśmy się do Parku Narodowego „Novy Swit” znajdującego się na takim trudno dostępnym przylądku. Trudnodostępnym oczywiście dla autobusów. Więc pod murami twierdzy czekał juz na nas mały busik, który wąskimi i bardzo krętymi drogami przewiózł nas do Nowego Świata. To taka nazwa miejscowości. Trasa rzeczywiście była bardzo ciekawa wręcz ekstremalna. Busik nieźle musiał się namęczyć na podjazdach i zakrętach. Z jednej strony góra z drugiej przepaść prosto do morza. Były momenty kiedy, aż serce podchodziło do gardła gdy dwa busiki musiały się minąć. Ale wrażenia z jazdy wspaniałe.

Dalej wybieraliśmy się do Rezerwatu „Novy Swit” (Ботанический заказник Новый Свет) znajdującego się na dość trudno dostępnym przylądku. Na szczęście nie dla wszystkich. I tutaj wolny rynek znalazł swoją niszę. Więc pod murami twierdzy czekał mały busik, który wąskimi i bardzo krętymi drogami przewiózł nas do miejscowości Nowy Świat (Новый Свет). Trasa rzeczywiście była bardzo ciekawa wręcz ekstremalna. Busik nieźle musiał się namęczyć na stromych podjazdach i zakrętach. Z jednej strony góra z drugiej przepaść prosto do morza. Były momenty kiedy, aż serce podchodziło do gardła gdy dwa busiki musiały się minąć, na wąskiej, bardzo dziurawej drodze. Ale wrażenia z jazdy niezapomniane.

     Nowy Świat, to miejscowość maleńka i podobnie jak inne w okolicy typowo turystyczna.  Turystyczna oczywiście w pojęciu ukraińskim, nie polskim czy europejskim. Jest tu blokowisko, są sanatoria. Infrastruktura typowo postsocjalistyczna, ale rodzi się wolna gospodarka. Jest gdzie zjeść, czym dojechać. Gorzej z informacją i infrastrukturą turystyczną dla „leniwego” turysty. Nazwę Nowy Świat wymyślił sam car rosyjski, gdy zobaczył to miejsce. Jego początki i największy rozkwit przypadł na okres pierwszej połowy XIX wieku kiedy, to tutaj nijaki Pan Lew Golicyn otworzył swoją wytwórnię słynnego do dzisiaj wina i „szampańskoje”. Tak tego, „szampańskoje” które wielu z nas pije co roku na sylwestra, jako rosyjski szampan. Dzisiaj zakład jest przeniesiony do niedalekiej miejscowości Massandra (Масандра). Ta nazwa też się pewnie wielu osobom kojarzy, i słusznie bo to nazwa popularnego wina krymskiego. Na samym półwyspie została tylko wielka jaskinia w której można zobaczyć pozostałości po magazynie wina, o czym później.

     Wstęp do rezerwatu jest płatny (30Hr). Wejście było w dość dziwnym miejscu, tuż przy blokach mieszkalnych. Niestety tutaj kończy się miły cień padający z budynków. Teraz rezerwat odsłonił się przed nami w całej krasie. Wszystkie wzniesienia pokryte były jedynie trawami i niewysokimi kosodrzewinami, w śród których podobno była endemiczna sosna. Niestety te niewielkie drzewka nie dawały ani trochę schronienie przed słońcem. Słońce prażyło niemiłosiernie, a droga wiła się lekko w górę i w kurzu. Z jednej strony mieliśmy skały pobliskich wzniesień, a z drugiej piękny widok z góry na morze i dość duży ruch różnego rodzaju łodzi. Cały półwysep robił wrażenie jak by się dopiero co wyłonił z odmętów pięknej błękitnej i czystej wody. W dole na kamiennej plaży smażyli się turyści, a na wystających z morza niewielkich sałakach siedziały czarne kormorany i suszyły skrzydła. Co jakiś czas z pod naszych nóg wyskakiwały małe zielone jaszczurki, które wygrzewały się na słońcu. Po drodze z usypujących się kamyków, powoli obeszliśmy jedno ze wzniesień przypominające głowę orła i zaczęliśmy chodzić w kierunku morza. Na koniec zeszliśmy kamiennymi schodami do samej wody i nagle ukazuje się naszym oczom wielka jaskinia, a w zasadzie grota. To tutaj Pan Golicyn trzymał swoje najlepsze trunki. Do dzisiaj zostały tu półokrągłe półki na wino, które teraz służą raczej jako tło do zdjęć i miejsce gdzie można sobie usiąść. Tutaj w odróżnieniu od drogi która przebyliśmy chwilę wcześniej jest bardzo miło, chłodno. Idealne miejsce na odpoczynek od skwaru. Stąd można dojść na pobliskie plaże, które mijaliśmy i widzieliśmy z góry. Nas niestety gonił czas i nie mieliśmy czasu na plażowanie. Musieliśmy się jeszcze dzisiaj dostać do Simferopola (Сімферо́поль). Nieoficjalnej stolicy Krymu. Stąd mieliśmy już pociąg do Odessy. Na dworcu zjedliśmy w barze szybki obiad. Niestety był to najgorszy posiłek jaki jedliśmy podczas całej podróży. Zimny i niesmaczny. Sam dworzec oczywiście wielki i okazały. Odremontowany z płaskorzeźbami wodzów rewolucji i scenami batalistycznymi na ścianach.

Jak tylko podjechał pociąg szybko się załadowaliśmy. Procedura „łóżkowa” i długo nie trwał jak smacznie spaliśmy.

Wasze komentarze

Dodaj komentarz

*

This blog is kept spam free by WP-SpamFree.