Jesteś tutaj
Start > Kraje > Ukraina > Lwów – Ukraina

Lwów – Ukraina

    Z Warszawy wyjechaliśmy Polskim Busem około 10:15 do Lublina. Stamtąd kolejnym autobusem przez granicę do Lwowa. Mieliśmy szczęście bo na granicy staliśmy tylko 30 minut i już o 16:30 byliśmy we Lwowie (Львів).

     Hostel o nazwie „Ekotel” ul. Sakharova. Hostel zajmuje w tym budynku 5 i 6 piętro. Z zewnątrz hostel wygląda nieciekawie. Klatka schodowa obskurna, ale w samym hostelu na piętrze miłe zaskoczenie. Ładne odremontowane pokoje i wszystkie pomieszczenia. Czysty przestronny. Do dyspozycji kuchnia w pełni wyposażona, łazienka z prysznicami. Za darmo kawa i herbata. Szukamy windy, bo trzeba wtargać bagaże. Jest, ale tylko towarowa, do walizek (na 6 piętro), innej nie ma. Jak się okazało to bardzo ciekawe i specyficzne „urządzenie”. Na ostatnim piętrze na balkonie stoi pan i na linie za pomocą wciągarki samochodowej wciąga metalową skrzynię z walizkami.

     Po rozpakowaniu i odpoczynki wybraliśmy się na spacer do centrum (szybkim krokiem 40-50 minut). Było już późno i zaczynało kropić więc nie chodziliśmy długo.

13 sierpnia 2013 r.

     Pierwszy dzień normalnego zwidzenia dzisiaj Lwów (Львів). O 8:00 wyruszaliśmy w kierunku głównego placu Lwowa przed gmach Teatru. W pełnej nazwie Lwowski Narodowy Akademicki Teatr Opery i Baletu im. Salomei Kruszelnickie. Oczywiście zbudowany za czasów polskich przez polskich architektów. Jest on jedną z najważniejszych instytucji kulturalnych nie tylko Lwowa ale i całej Ukrainy. Na ślady polskości we Lwowie będziemy się napotykać, co oczywiste, co kawałek. Przed teatrem fontanna, a pod budynkiem jak i sąsiednimi kamienicami płynie rzeka. Do środka nie weszliśmy, po pierwsze bo było jeszcze dość wcześnie i był zamknięty, a po drugie nie kręcą nas takie budowle.

    Dalej pięknymi uliczkami Lwowa obok pomnika Mickiewicza do Cerkwi Wołoskiej (Uspieńskiej) czyli Cerkwi Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. Trzeba pamiętać że do wszystkich świątyń z wyjątkiem katolickich, kobiety muszą mieć na głowie i ramionach chusty. Rzadko się zdarza by przed wejściem leżały takie chusty do pożyczenia. Świątynia z typowym dla prawosławi podziałem elementów na ołtarzu z licznymi złoceniami. Co jest w cerkwiach charakterystyczne.

     Zaraz obok weszliśmy do Katedry ormiańskiej. Niewiele osób wie, że to Armenia czyli kraj Ormian była pierwszym na świecie i w historii krajem chrześcijańskim. Kościół ten jest protoplastą wszystkich innych kościołów chrześcijańskich. Obrządkami najbardziej zbliżony jest do niego kościół wschodni prawosławny i grecki. Obecnie jest to świątynia katolicka obrządku ormiańskiego. Bardzo ładna i stara świątynia. Mocno zaniedbanej. W której było czuć atmosferę doniosłej starości. Dokładnie w tym roku obchodzi ona swoje 650 lecie. Z tej okazji wewnątrz trwają prace renowacyjne, opłacane przez Polskę. Na rusztowaniach przy ścianie siedziały dwie panie i mozolnie maleńkim pędzelkiem, pod okiem konserwatora zabytków odnawiały piękne ścienne malowidła. Na szczęście mimo renowacji można wejść do środka. Gdy usiedliśmy w starych drewnianych ławach w pobliżu ołtarza, za naszymi plecami usłyszeliśmy gruby, męski śpiew. Brzmiał on doniośle, rozchodząc się po całym pomieszczeniu i rezonując odbijał się od ścian. Mieliśmy okazję posłuchać śpiewu pieśni ormiańskich księdza, który opiekował się katedrą.

     Wracając do rekonstrukcji zabytków na Ukrainie.  Akurat tutaj główne prace finansowali Polacy więc rekonstrukcja była prowadzona zgodnie z oryginalnym, pierwotnym wyglądem. Niestety w wielu miejscach na Ukrainie widziałem pseudo rekonstrukcję, która polegała na zasłanianiu tynkiem starych zabytkowych malowideł i malowanie na nich nowych kolorowych mocno niezgodnych  z oryginałem „dzieł”. Jak to mówili Ukraińcy „te nowe są ładniejsze”. Dla nich to nie ważne, że niszczyli oryginały.

     Na rynku można było spotkać starsze panie sprzedające różne starocie i pierdoły, mówiące po polsku z wyraźnym lwowskim akcentem. Jednak jeśli ktoś nastawi się na to, że będzie się tu czuł jak w przedwojennej Polsce, to się mocno zdziwi. Jest to już typowo ukraińskie miasto jedynie z licznymi akcentami polskimi. Starzy mieszkańcy, owszem mają duży sentyment do starych czasów, ale nowe pokolenie jest już mocno zakorzenione w ukraińskości. Chodząc tak po tym pięknym i sentymentalnym dla nas mieści oglądaliśmy zabytkowe kamienice i obserwowaliśmy życie miasta. Nie będę tu wymieniał wszystkich kamienic, rzeźb, pomników bo o tym można poczytać w internecie a najlepiej zobaczyć samemu na miejscu. Dokładnie o 12:00 byliśmy przed ratuszem gdzie akurat był grany na żywo hejnał Lwowa, przez pana ubranego w typowy lwowski strój.

    Jeszcze tylko Katedra Łacińska i robimy sobie przerwę na kawę. Tuż obok katedry w jednej z malowniczych i cichych uliczek jest kawiarenka „Świat Kawy” („Світ кави”). Specjalizująca się w typowo lwowskiej kawie i czekoladzie. To właśnie lwowskie kawiarnie słynęły z tych dwóch przysmaków. Lwów przed wojną był miastem zapachów kawy i czekolady. Do dzisiaj można tu znaleźć wiele sklepików specjalizujących się w czekoladkach. Ceny były tam dość wysokie ale warto było (lody 25Hr, kawa 30Hr). Lody oczywiście robione na miejscu, najlepiej w polewie i z ciepłym ciastem, do tego kawa w kilku smakach do wyboru. Miły relaks dla podniebienia.

     Wypoczęci i zrelaksowani poszliśmy na Cmentarz Łyczakowski i Cmentarz Orląt Lwowskich. Jakieś 30 minut pieszo w jedną stronę. Po drodze minęliśmy słynny Uniwersytet Weterynarii. Na cmentarzu chyba najbardziej polskim miejscu we Lwowie powinno się poznać garść opowieści o słynnych lwowiakach i ciekawostek o Lwowie. Są dwie opcje, albo wynajmie się polskiego przewodnika lub przywiezie polski przewodnik z sobą i poczyta samemu, bo tutaj jest niewiele informacji nas interesujących, a już na pewno nie po polsku. Bardzo miło nam się chodziło miedzy mogiłami w cieniu wielkich starych drzew. Co kawałek odnajdywaliśmy groby wielkiej rzeszy sławnych Polaków (listy poszukajcie sobie w internecie). Na koniec w tylnej części cmentarza Łyczakowskiego był odnowiony cmentarz Orląt Lwowskich. Szkoda, że nie zachował się stary oryginalny wygląd tego cmentarza, że Rosjanie za komuny wszystko chamsko zdewastowali.

     Było już popołudnie więc zaczęły nam kiszki marsza grać. Przed wyjazdem szukałem informacji gdzie warto zjeść. Często proponowana w miastach ukraińskich jest sieci barów samoobsługowych „Puzata Chata”. Łatwo na nią trafić, więc i my też tam poszliśmy. Wrażenia z obiadu zależały od wielkości portfela i brzucha. Lokal bardzo przyjemny na trzech poziomach. Zawsze jest kolejka ale bardzo szybko i sprawnie idzie. Każdy dostaje tackę i przesuwa się wzdłuż lady gdzie wskazuje obsłudze co by chciał dostać – niestety nie można się cofnąć. Pierwszy problem to nie bardzo wiadomo co ile kosztuje oraz za jakiej wielkości porcję się płaci.  Jedzenie w miarę dobre i smaczne. Magda wzięła barszcz ukraiński i kotlet mielony. Mówiła że barszcz niczym nie przypomina znanego jej z domu barszczu niestety na minus. Swoją porcją się najadła. Damian wziął pierogi z owocami (6 szt.) i dewolaja. Smakowało mu ale się chłopak nie najadł. Ja wiozłem pierogi z mięsem (5 szt.) i kotlet z kurczaka. Dobre ale małe. Razem zapłaciliśmy 137 Hr.  Z późniejszego doświadczenia podczas tego wyjazdu, ja osobiście nie polecam „Puzatej Chaty”. Za te pieniądze można się lepiej najeść w innych miejscach, plusem jest tylko dostępność i łatwość obsługi.

     Z pewnym niedosytem poszliśmy dalej w miasto w poszukiwaniu pamiątek i pierożków sprzedawanych na ulicy. Z naszego pobytu we Lwowie kilka lat wcześniej pamiętaliśmy pierożki sprzedawane przez babcie na ulicy. Niestety mimo wytężonych poszukiwań tym razem nic takiego nie znaleźliśmy.

     Trochę zmęczeni pod koniec dnia wróciliśmy ul. Kopernika do naszego hostelu. Skorzystaliśmy jeszcze z prysznica i kuchni. Szczególnie prysznic były bardzo ważny bo czekały nas teraz dwa dni w drodze bez możliwości kąpieli. Czas na dworzec.

Wasze komentarze

Dodaj komentarz

*

This blog is kept spam free by WP-SpamFree.