Jesteś tutaj
Start > blog > W szarej kolebce chrześcijaństwa

W szarej kolebce chrześcijaństwa

   Odprawa na granicy gruzińsko-armeńskiej w Sadakhlo poszła szybko i sprawnie. Żadna ze stron nie robiła nam problemów. Sprawdzenie paszportów to tylko formalność i możemy jechać dalej. Szosa wiła się wzdłuż rzeki Debeda i linii kolejowej na dnie głębokiej doliny. Nad nami wysokie i strome zbocza gór i szczyty sięgające ponad tysiąc pięćset metrów.

<< cała podróż       << wcześniejszy dzień     dzien   1  2    4  5                     kolejny dzień >> linia

    Mijaliśmy kolejne maleńkie wsie. Od razu w oczy rzuciła się nam jeszcze większa bieda niż w Gruzji czy Azerbejdżanie. Dla odpoczynku zatrzymaliśmy się na jednym z zakrętów na starej, zdewastowanej stacji benzynowej. Stało tam przy drodze kilka staruszek, które próbowały sprzedawać owoce z swoich ogrodów. Ruchu nie miały. Prawdopodobnie był to ich sposób spędzania czasu. Byliśmy głodni, bo cały dzisiejszy dzień przebiegał praktycznie po terenach odludnych, więc zainteresowaliśmy się owocami. Niestety wcześniej nie mieliśmy okazji wypłacić armeńskiej waluty (dram armeński). Po krótkiej negocjacji panie zgodziły się na zapłatę w gruzińskich lari. Wybraliśmy dość sporą ilość owoców a było w czym wybierać: winogrona, granaty, gruszki, jerzyny, maliny, morele. Pani dołożyła nam jeszcze trochę od siebie. Gdy chcieliśmy płacić panie postanowiły podarować nam owoce i nie brać zapłaty. Oczywiście nie chcieliśmy się na to zgodzić, bo dla nas to niewielka kwota, a dla nich może całodzienny utarg. Panie stanowczo stwierdziły, że jak odmówimy podarunku to one będą urażone. Bardzo cieszyły się, że ktoś z tak daleka i to na rowerach odwiedził ich kraj. A one w ten sposób mogły nas powitać i ugościć. Owoce podwójnie nam smakowały, nie dość, że były pyszne to na dodatek podarowane z szczerego serca.

1476   Zaczęło się szybko ściemniać. Nie mieliśmy pomysłu na nocleg. Rozbić się nie bardzo było gdzie. Domów niewiele. Jadąc od wsi do wsi, dopytywaliśmy o jakiś nocleg. W końcu na zakręcie drogi zauważyliśmy oświetlony jak choinka dom z napisem „hotel”. Nie był to luksusowy budynek. Na parterze znajdowała się myjnia samochodowa i bar z kebabami – bez kebabów, na piętrze pokoje. Raczej na godzinę niż na noc. Nam było wszytko jedno. Chcieliśmy już się położyć i coś zjeść. Niesyte zostały nam tylko nasze zupki w proszku.

linia

   Dzień, który dużo nie brakowało, a został by niezrealizowany zaczął się piękną pogodą i dobrymi nastrojami. Zdjęliśmy ciężkie sakwy z rowerów, bo wiedzieliśmy, że musimy tu i tak dzisiaj wrócić. Nasz dzisiejszy cel to najstarsze chrześcijańskie świątynie na świecie. Daleko do nich nie mieliśmy, ale trzeba było się do nich wdrapać na płaskowyż leżący kilkaset metrów nad naszą drogą. Skręciliśmy w kamienną drogę tak jak nam wskazywała nawigacja (swoją drogą takie urządzenie TwoNav Adventure z dobrymi mapami to jest skarb przy jeżdżeniu w terenie kompletnie nie przewidywalnym). Znowu w pełnym słońcu wdrapywaliśmy się serpentynami na płaskowyż. Mimo, że mieliśmy już wprawę i byliśmy bez obciążenia, to w upale i po dwutygodniowym zmęczeniu nie przyszło nam to łatwo. Droga doprowadziła nas do sielankowej wioski z pięknym widokiem na góry i ostro wciętą dolinę z której wjeżdżaliśmy. Drewniane rozpadające się płotki, w dali sypiący się dom, wszytko na tle zielonych łąk, na których w oddali pasły się stadka krów. Teraz droga była prawie płaska, więc i nasze tempo wzrosło.

   W oddali zobaczyliśmy dachy większej wsi Hachpat (Սանահին). Wśród nich niepozornie wyglądająca kopuła kościoła. Uważanego za jeden z najstarszych istniejących do dziś budynków kościoła chrześcijańskiego na świecie.

   Obecny monastyr pochodzi z X wieku, został zbudowany na budowli z IV, którą wzniesiono na ruinach pogańskiego kościoła (tak jak większość pierwszych kościołów). Świątynię tą jak i leżącą niedaleko drugą do której zaraz się wybieramy wpisano na światową listę dziedzictwa UNESCO i chyba to uratowało ten obiekt przed całkowitą zagładą. Kompleks należy do Apostolskiego Kościoła Ormiańskiego, jednego z najstarszych Kociołów gregoriańskich, powstałych jeszcze przed schizmą – rozpadem na kościół wschodni i zachodni.

   To właśnie te tereny Armenii były miejscem działalności św. Pawła i ojców założycieli kościoła (obecnie nazywanego wschodnim). To właśnie Armenia była pierwszym na świecie krajem, gdzie chrześcijaństwo było religią oficjalną. Mało kto o tym wie. To wcale nie Rzym czy Włochy, a Armenia, Etiopia i inne dzisiaj wydające się nam egzotyczne kraje były kolebką chrześcijaństwa. A rozgłos Rzymowi i religii zachodniej (katolickiej) przyniósł promowany przez Watykan św. Piotr.

  

Cały kompleks robił kolosalne wrażenie. Wszytko było wykonane z ciemnych bloków kamiennych, równo dociętych i dopasowanych do siebie, bez użycia zaprawy.

Nie był to malutki kościółek znany nam z naszych terenów (tysiąc lat młodszych), ale duży, przykryty kopułą kościół. Surowe ściany z malutkim i wąskimi okienkami, przez które do ciemnego wnętrza wpadało niewiele ostrego i jasnego, rzucającego na ściany i podłogi punkty światła. Bardzo utrudniało to robienie zdjęć, ale wcale nam to nie przesadzało, a wręcz inspirowało. Nie spieszyliśmy się w zwiedzaniu. Trud naszej wspinaczki został w pełni wynagrodzony. Oprócz kościoła pw. Św. Krzyża (Surp Nyszan), są tu jeszcze mury, stara biblioteka, grobowce, dzwonnica, kaplice i chaczkary – płyty kamienne z płaskorzeźbami, które w późniejszym czasie zostały wykorzystane jako podłoga. Na ścianach wyryte były napisy i krzyże z różnych epok. Większość po ormiańsku.

Kolejny nasz punkt wydawał się na wyciągnięcie ręki. Było go dobrze widać. Może trzy-cztery kilometry dalej w linii prostej – dosłownie prostej i poziomej. Problem tylko w tym, że oba te miejsca dzieliła kilkuset metrowa rozpadlina. Teraz czekał nas kilkukilometrowy ostry zjazd z powrotem do doliny leżącej ponad dwieście pięćdziesiąt metrów niżej. Niestety musieliśmy mocno uważać, bo droga delikatnie mówić była mocno dziurawa.

Zanim zaczęliśmy wspinać się pod kolejny płaskowyż przejechaliśmy przez dolną cześć miasteczka Alaverdi (Ալավերդի). Od razu w oczy rzucił się nam obraz tego pokomunistycznego miasta, a w zasadzie wielkiej zrujnowanej fabryki przerobu miedzi i fosforu.

   Szarej, brudnej, kilkupiętrowej budowli z powybijanymi szybami, walającym się wszędzie gruzem i dymiącym kominem w tle. Wystające pręty zbrojeniowe z uszkodzonych konstrukcji, dodatkowo wzmacniały wrażenia apokaliptyczne. Trudno było się zorientować, czy w tym dziwolągu jest jeszcze jakaś praca, czy to już tylko zgliszcza. Szaro bury widok, pogłębiały liczne kratownice, słupy energetyczne i wiszące przewody. Koszmar ten ciągnął się przez całą dolną miejscowość. W tle na długim taśmociągu coś wjeżdżało na górę, na szczycie której unosił się dym.

   Nad doliną na płaskowyżu ponad dwieście metrów wyżej, druga cześć miasta. Połączona z dołem kolejka liniową, jakości podobnej do wszystkiego co było w tym mieście. Kilka szarych, obdrapanych bloków z zakratowanymi oknami i kontrastująca z tym jasna bielizna na szarych balkonach. Dobudówki, przybudówki, daszki we wszelkiej kombinacji. Aby dostać się tam drogą, musieliśmy pokonać kręte serpentyny wykute częściowo w skale. Widok drogi zapierał dech w piersiach, szczególnie gdy z mozołem wdrapywaliśmy się tam rowerem. Gdyby nie pewność, że jedziemy w dobrą stronę, nigdy byśmy nie uwierzyli, że jeden z najwspanialszych zabytków świata znajduje się pośród tego „osiedla”. Pośród starych blokowisk, zakurzonych, zniszczonych ulic, dzieci grających w piłkę na ulicy i żółtych zniszczonych autobusów, wśród kilku domów jednorodzinnych na zboczu góry stał słabo widoczny z gruntowej drogi monastyr z X wieku. Klasztor Sanahin (Սանահին). Kontrast tych dwóch miejsc był wielki i nierealny, jak by wyjęty z dwóch niekrzyżujących się światów. Jeden i drugi wart bezwzględnej uwagi i poznania.

Tego dnia została nam już tylko droga powrotna do granicy i dojazd do Tbilisi (თბილისი). Rano zwiedzanie miasta, pakowanie rowerów i powrót do Kutaisi na lotnisko.

Tak zakończyła się nasza przygoda.

linia

dane według TwoNav – Aventura dystans
w górę
w dół
maksymalna wysokość
minimalna wysokość
maksymalne nachylenie
– 70,7 km
– 971 m
– 366 m
– 1021 m n.p.m.
– 443 m n.p.m.
– 10 %

linia<< cała podróż       << wcześniejszy dzień     dzien   1  2    4  5                     kolejny dzień >>
linia

linia

Wasze komentarze

Jedna odpowiedź do “W szarej kolebce chrześcijaństwa

Dodaj komentarz

*

This blog is kept spam free by WP-SpamFree.