Jesteś tutaj
Start > Kraje > Ukraina > Bakczysaraj – w chanaciej oraz Sewastopol – w Rosyjskim uścisku

Bakczysaraj – w chanaciej oraz Sewastopol – w Rosyjskim uścisku

   Kolejny dzień z wczesną pobudką, która stała się tu już normą. Niestety taki wyjazd to koszmar dla śpiochów i leniuchów. Na szczęście u nas takich nie było. Jedziemy do Sewastopola (Севастополь), na prawie sam południowo zachodni koniec półwyspu. Jest to miasto na specjalnych warunkach wydzielone i nie wchodzące w skład Autonomicznej Republiki Krymu (Автономна Республіка Крим). Miasto będące wielkim czarnomorskim portem wojennym wydzierżawionym Rosjanom co najmniej do 2047 roku.  Tą rosyjskość widać tu na każdym kroku. Wszędzie powiewają rosyjskie flagi, wszędzie pełno wojskowych w rosyjskich mundurach. Nawet wielkie flagi i napisy namalowane na skałach przy brzegu z daleka mówią do kogo należy ten teren i ta flota. Tak dla ścisłości to kilka ukraińskich też było ale w znacznej mniejszości.

     Wsiedliśmy na mały stateczek (50Hr), który miał nas przewieźć po porcie. Stateczek był kompletnie z innej bajki nie pasujący do tego miejsca, raczej przypominał chińskie łódki niż rosyjską myśl techniczną. Ale był to tylko kolejny skuteczny środek lokomocji. Port był olbrzymi dostępny do zwiedzania tylko w zachodniej części. Wiadomo ze względów militarnych nie wpuszczali turystów, a już tym bardziej z NATO, do części gdzie stacjonowały najnowocześniejsze statki wojenne i statki z napędem atomowy. Okręty te było widać z daleka w dalszej części portu. Jednak to co można zobaczyć też jest imponujące. Co prawda większość z tego wygląda trochę jak zabytki to całość robi wrażenie. Większość z tych statków jest jeszcze obecnie w aktywnej służbie floty rosyjskiej. Ale są to statki pomocnicze jak szpital (6 pięter, 173 sale chorych, 7 sal operacyjnych), straż, holowniki, statki geodezyjne i  radiotelefoniczne, niewielkie ścigacze, niszczyciele, torpedowce a nawet dwa okręty podwodne.  Pływające stocznie i doki. W wielu miejscach dookoła gdzie nie stały statki widać było liczne pomnik i napisy ku chwale żołnierzy (славу російського флоту).

     W samym Sewastopolu w zasadzie port to najważniejsza część miasta tak dla mieszkańców jak i dla turystów. Podjechaliśmy jeszcze na Chersonez Taurydzki (Херсоне́с Таврі́йський) kiedyś była to osobna miejscowość, dzisiaj to przedmieścia Sewastopola. Jest to historycznie najstarsza część Krymu. Założona przez greku w V w p.n.e. Później to tutaj w 988 roku książę ruski Włodzimierz I Wielki przyjął symboliczny chrzest Rusi. Z dawnych czasów zostało tu niewiele. Trochę zdewastowanych i zarośniętych ruin greckich i na wzgórzu odnowiony Sobór św. Włodzimierza. Bardzo sztuczny z świecącymi na złoto wielkimi kopułami. Całość objęta jest rezerwatem i ogrodzona więc wstęp kosztuje 45Hr. Moim zdaniem większość widać z daleka i z za płotu i nie ma potrzeby wchodzenia.

    Wyjechaliśmy z Sewastopola i skierowaliśmy się do Bakczysaraju (Бахчисарай). Bakczysaraj to chyba najważniejsze historycznie i kulturowo miejsce. Cała miejscowość, która jest obecnie większą wsią rozciąga się w długim wąwozie. Pierwszy przy wjeździe ukazuje się Pałac Hanów Krymskich o którym później. Dalej droga zaczyna być coraz krętsza i węższa a zbocza gwałtownie zbliżają się do drogi. Do tego stopnia, że dwa samochody osobowe mają problem się minąć nie mówiąc już o autobusach. Jak to w miejscach turystycznych po bokach tuż przy oknach autobusu zaczynają się pojawiać liczne stragany z najróżniejszymi pamiątkami. Niestety tak jak wszędzie i tu króluje chińszczyzna.

   Ale można dostać „oryginalne” czapki kozackie, nalewki, wina, pachnidełka i miejscowe owoce oraz liczne dewocjonalia związane z klasztorem do którego właśnie szliśmy. Droga gwałtownie zaczęła się wspinać w górę i skończył sie asfalt. To tutaj znajduje się już rzadko spotykany prawdzimy i funkcjonujący klasztor – monastyr wykutym w skale. Jest to Uspieński Monastyr Zaśnięcia Matki Bożej (Успенський печерний монастир). Obrządku wschodniego, obecnie wyznania prawosławnego. Klasztory w obrządku wschodnim nazywają się monastyrami. Monastyr pochodzi z około VIII w n.e. Ponieważ monastyr cały czas funkcjonuje do zwiedzania udostępniona jest tylko jego niewielka cześć z kaplicą. Warto wejść po bardzo stromych schodach do wciśniętego w skały w zboczu doliny monastyru. Już przy wejściu jak by do przedsionka otacza nas atmosfera powagi i kultu. Przy drzwiach siedziały babulinki z opatulonymi w chusty głowami. Tak jak do wszystkich świątyń prawosławnych, żydowskich i muzułmańskich, tak i tu kobiety muszą mieć zakryte włosy i ramiona. Sprzedawały święte ikony, książeczki i wszytko to co pielgrzymom jest potrzebne. W środku było tak mało miejsca, że ledwo dało sie przecisnąć między stolikami z dewocjonaliami a  sąsiednią ścianą. Z boku w popielniku tliły się świeczki. Przez maleńkie okna wpadało niewiele światła więc w środku panował półmrok, z lekka rozświetlany licznymi świecami. Nie było tu oczywiście żadnego oświetlenia elektrycznego. Sklepienie  było bardzo niskie, kilka lun kilkanaście centymetrów nad moją głową. Oczywiście było nie równe bo stanowiło naturalną skałę. Niska i niewielka powierzchnia na której było kilkadziesiąt osób, plus zapach świec i kadzideł pogłębiał podniosłą i tajemniczą atmosferę. Wprowadzał w lekki trans i zadumę. Szczególnie gdy mnisi stojący w głębi sali zaczęli śpiewem odmawiać liturgię. Głos rozchodził się po całej sali, aż miało się wrażenie, że wszytko drży. Nie da się przebywać w środku za długo bo jest tam strasznie duszno a nas czeka jeszcze dalsza wędrówka.

     Dolina dalej wiła się w górę między gospodarstwami mnichów i pionowym ścianami wąwozu. Po dwudziestu minutach dotarliśmy do polany ponad lasem z której było już widać średniowieczną twierdzę, skalne miasto Czufut Kale (ukr. Чуфут-Калe, krm. Çufut Qale). Czyli miasto wykute w skałach i zamieszkiwane kiedyś przez Tatarów, Ormian i Karaimów. Tych samych Karaimów którzy mieszkali w Kanesach w Eupatorii.

   Twierdza ta byłą bardzo dobrze usytuowana. Płaskowyż otoczony z trzech stron prawie pionowymi kilkudziesięciometrowymi ścianami łatwo było bronić. Dojście do głównej bramy nie jest specjalnie trudne, ale stromo pod górę. Już po drodze widać wykute w skale pomieszczenia prawdopodobnie obronne. Brama jest bardzo wąska między dwoma pionowymi ścianami i prowadzi na główną drogę. Tu też stoi kasa, bilet 35Hr. Po bokach można zwiedzać liczne wydrążone jaskinie i domy. Wszystkie elementy jak okna, drzwi, tarasy były wykute w skale. Nawet przedmioty użyteczności codziennej jak spiżarnie, obory, tłocznie do wina, schody, mury, drogi, zbiorniki na wodę, świątynie też były kamienne wydrążone lub pobudowane z kamienia, którego w okolicy jest wystarczająco dużo. W domostwach tych obecnie można sobie usiąść oczywiście na kamiennych ławach i odpocząć. Dają one bardzo miłe schronienie przed żarem na zewnątrz. Życie tu było ciężkie.

   Nie dość, że zawsze „pod górę” to jeszcze brak, wystarczającej ilości czystej wody. Brak pól uprawnych. Obecnie wszystkie obiekty są bardzo zniszczone i puste a nie które pozamykane. Idąc do końca głównej „drogi” dochodzimy do urwiska które było naturalnym systemem obronnym tego miejsca. Widok był przepiękny na całą okolicę. Wzrokiem można było obserwować co się dzieje po horyzont czyli na kilkanaście kilometrów od twierdzy. Ostatni mieszkańcy wynieśli się z tego miejsca w latach siedemdziesiątych XIX wieku. W Czufut-Kale był też Adam Mickiewicz, który opisał swą podróż do skalnego miasta w Sonetach krymskich, w wierszu „Droga nad przepaścią w Czufut-Kale”. Na grani oczywiście mocno wiało strzeliliśmy kilka fotek i szliśmy dalej a w zasadzie wracaliśmy w dół.

     Wróciliśmy na dół i w lekko stłumionym już słonecznym skwarze, doszliśmy  na drugi koniec Bakczysaraju (Бахчисарай) do Pałacu Chanów Krymskich. Wstęp 45Hr. Jest to piękny zespół pałaców, dziś już znacznie okrojony i dużo uboższy niż w czasach swojej świetności. Jednak i teraz można zobaczyć potęgę państwa krymskiego. Niestety i tu spotkaliśmy specyficzny sposób restaurowania zabytków. Czyli nie ważne jak było naprawdę byle teraz było ładnie. Pałac ten nie był twierdzą czy fortyfikacją, miał być uosobieniem raju gdzie przebywał chan wraz ze swoimi żonami i całym dworem. Dlatego do dzisiaj można zobaczyć tu pomieszczenia haremu, ogród, fontanny. Jedna z tych fontann najsłynniejsza „Fontanna Łez” podobno poświecona była polskiej szlachciance, którą pokochał i porwał chan. Niestety ona nie odwzajemniła uczucia i popełniła samobójstwo. Oczywiście i w tym miejscu był nasz „zesłany” Adam Mickiewicz i w swoich licznych sonetach opisywał Bakczysaraj. Jak inne oblicze naszego wieszcza można tu poznać. Nie tego gnębionego przez carat, zakutego wręcz w kajdany poetę tylko swobodnie podróżującego i smakującego życia i Krymu człowieka.  Myślę, że nie jeden z polaków „zesłany” do pracy w Anglii chciał by takiego „zesłania” na Krym. Było, już późno, czas wracać.

Wasze komentarze

Dodaj komentarz

*

This blog is kept spam free by WP-SpamFree.