Jesteś tutaj
Start > Kraje > Ukraina > Eupatoria – krymski kurort

Eupatoria – krymski kurort

     Obudziliśmy się około ósmej. Pierwszy wdech powietrza uświadomił nam, że wokół otacza nas inne powietrze niż te które było jak zasypialiśmy. Ciepłe i suche.

     Widok za oknem jednolity i monotonny. Po kres płaski i step. Tylko od czasu do czasu kilka domków lub mała zapomniana wioska. Byliśmy już u wrót Krymu tutaj linia kolejowa ma tylko jeden tor więc od czasu do czasu zatrzymywaliśmy się na chwilę aby z przeciwka przepuścić inny pociąg. Tak było do około dziesiątej gdy zatrzymaliśmy się na jakiejś stacji. Zrobił się szum. Okazało się, że tu będziemy stać trochę dłużej a przed pociągiem krążą słynni sprzedawcy z najróżniejszymi „przysmakami”. Część pasażerów ruszyła do wyjścia. Przez okna nie było ich za dużo widać i słychać. Chwyciłem kilka hrywien i wyszedłem przed pociąg. W drzwiach stała nasza Pani konduktor, która powiedział, że tu postoimy ponad pół godziny. Idealny moment, można było spokojnie iść na zakupy. Zrobiło się trochę jak na rynku. Co chwilę ktoś podchodził i oferował swoje produkty. Młody chłopak sprzedawał suszone ryby. Wąsiasty facet gorącą kukurydzę i piwo. Staruszek zimną wodę. Były jeszcze arbuzy i wiele innych nieraz dziwnych i nieznanych mi jeszcze rzeczy. Ja wypatrywałem kogoś kto by miał pierogi, placki lub inne ciasto. Niestety nikogo takiego nie było a bałem się iść na koniec składu, bo mogłem nie zdążyć wrócić przed odjazdem. Już miałem wsiadać do wagonu jak kontem oka zauważyłam starszą babinkę wychodząca zza budynku niosącą kosz, a na nim na talerzyku coś na kształt pierogów. Tak, to były czeburiaki. Szybko dopadłem kobietę i kupiłem 2 czeburiaki za 10 Hr. W tym momencie konduktorka zaczęła wołać wszystkich do pociągu. Szczęśliwy z przekąską wsiadłem do pociągu który za moment ruszył w dalsza drogę.

Pociąg na Krym do Eupatorii i sprzedawcy     Zaczynało nam się już dłużyć. Za oknem w kółko ten sam nudny widok, a wewnątrz coraz duszniej. Około jedenastej wzdłuż torów pojawiła się droga i morze. To było Morze Czarne. Na plaży co kawałek stał samochód i wokół niego kąpali lub opalali się ludzie.

     Praktycznie punktualnie o dwunastej pokazała się stacja Eupatoria (Євпаторія). Byliśmy już przygotowani i czekaliśmy aby jak najszybciej wyjść na zewnątrz. Na peronie potworny skwar prawie czterdzieści stopni w cieniu. Duszno. Czekamy na autobus. Obok nas leżało kilka dość dużych i bardzo wychudzonych psów. Jak się później  okazało to normalny widok na Krymie. Po drodze wstąpiliśmy jeszcze do sklepu na zakupy. Jak wracaliśmy do autobusu natrafiliśmy na bardzo ciekawe zjawisko atmosferyczne. Deszcz – ulewę. Sam deszcz to nic specjalnego na Krymie ale była to pionowa ściana deszczu. Staliśmy w suchym miejscu a jakieś pięćdziesiąt metrów przed nami stała i nie poruszała się ściana deszczu. Wyglądało to jak by w tym miejscu spływał jakiś wodospad.  Po kilku minutach przestało padać. A po kolejnych kilkunastu było sucho jak by wcale nie padało.  Niestety ten deszcz był w najgorszym dla nas momencie. W drodze do hotelu zatrzymaliśmy się jeszcze na polu z arbuzami. Miała to być okazja do kupienia tanich arbuzów. Niestety przez ten deszcz na polu zrobiło się potworne błoto  i wraz z glina poprzyklejało nam się do butów. W podobnej cenie, czyli 1,50 Hr/kg  można dostać arbuzy na każdym kroku.

     Po kolejnej godzinie, w końcu byliśmy na miejscu w Zaoziornoje. Maleńkiej miejscowości, a właściwie dalekiej dzielnicy Eupatorii. Po ponad trzech dobach spędzonych na walizkach. Byliśmy zmęczeni ale też bardzo zadowoleni. Dostaliśmy swój pokój w pensjonacie. Słowo pensjonat w tym przypadku to słowo mocno na wyrost. Trzy kondygnacyjny budynek w kształcie litery U z wydzielonymi pokojami. Wszystkie miały jedno okno i wyjście skierowane do środka co później okazało się wielką porażką tego budynku.
Do wieczora braliśmy kąpiel i odpoczywaliśmy. Niestety nie wszyscy mieli tyle szczęścia aby wykapać się w ciepłej wodzie. Po pewnym czasie skończyła się i musiałem brać prysznic w zimnej wodzie. Mimo wszystko po podróży dobrze mi ten prysznic zrobił. Byliśmy jeszcze zobaczyć plaże, która była jakieś sto pięćdziesiąt metrów od naszego pensjonatu. Woda dość ciepła, plaża przyzwoita, niestety w wodzie było bardzo dużo meduz i sinic co skutecznie odstraszyło nawet najbardziej napalonego miłośnika kąpieli, czyli Damiana. Wieczorem zrobiliśmy sobie jeszcze małą imprezkę powitalną, przy arbuzach, melonach i lokalnym winie. W tle mieliśmy zachodzące słońce i olbrzymie rosyjskie radary kosmiczne.


16 sierpnia 2013 r.

     Dzisiaj dzień „odpoczynku”. Idziemy zwiedzać miasto. Na zakręcie jedynej biegnącej tu „asfaltowej” drogi czekaliśmy na ukraiński wynalazek komunikacyjny. Na słynną marszrutkę. Czyli mały busik kursujący co kilka minut wyznaczoną trasą. Mały, ciasny ale do przodu. Koszt przejazdu to 3,00 Hr od osoby. Nie ma biletów. Każdy kto wchodzi podaje sąsiadowi pieniądze i tak z ręki do ręki trafiają do kierowcy, a jeśli trzeba drogą powrotną wraca reszta. Zawsze. Nigdy nie zginie. Kierowca zawsze wie kto zapłacił, a kto nie zapłacił. Zawsze upomni się o zapłatę i zawoła w razie czego „ktoś nie zapłacił, jak nie zapłaci to nie pojedziemy”. Więc każdy płaci. Taki lokalny fenomen. Bardzo ciekawe doświadczenie, szczególnie dla „kombinujących” polaków. W środku duszno i ciasno. Okna się prawie nie otwierają, a na każdym przystanku wsiadają kolejni ludzie. Gdy wydawało się, że do środka nie da się już wcisnąć kolejnej osoby, ku mojemu zdziwieniu ludzi przybywało. Dzięki temu mogliśmy z bliska poznać obfity biust jednej z Ukrainek i złoty łańcuch na owłosionej klacie pana jadącego z nami. Licznymi, krętymi uliczkami i wzdłuż morza po około czterdziestu minutach byliśmy w centrum Eupatorii. Przy dworcu kolejowym i autobusowym.

     Eupatoria to dość duże miasto z około stu tysiącami mieszkańców, poza sezonem i około trzystu tysiącami mieszkańców w sezonie. Można je porównać trochę z polskim Sopotem. Oczywiście nie wizualnie. To dość mocno zapóźnione miasto. Z mocnym syndromem wschodniej Ukrainy i postkomizmu. Szare uliczki przecinają się z szerokimi alejami. Szare i obskurne bloki, wymieszane z starymi kamienicami i domami jednorodzinnymi. Po ulicach jeżdżące stare Łady i Zastawy a w śród nich nowoczesne limuzyny i jeppy, nie rzadko na rosyjskich rejestracjach. Stare ogórkowate tramwaje, jeżdżące po jednym zdewastowanym torze. Miasto jednocześnie bardzo czyste i spokojne jak na taką duża ilość ludzi. Szeroka gama wszelkich sklepów i bazar o którym później. Na głównych ulicach dość duży ruch. Kierowcy raczej w stylu południowoeuropejskim. Czyli „mieszczę się wszędzie, będę pierwszy a jak nie to zatrąbię”. Piesi przebiegający i lawirujący między samochodami. Światła są nie koniecznie do tego aby na nie uważać. Dobra lekcja dla marudnych polaków aby zobaczyli jak daleko posunięta jest mimo wszytko u nas kultura jazdy. Dla nas turystów było to bardzo ciekawe a nawet fascynujące.

     Wracając do naszej wycieczki. Wysiedliśmy z marszrutki i skierowaliśmy się na jedną z głównych ulic biegnących wzdłuż morza. Prospektu Lenina (проспект Ленина). Tak, tak, tutaj są jeszcze takie ulice i nie zamierzają ich zmieniać. Więcej na naszej trasie w samej Eupatori spotkaliśmy trzy pomniki Lenina. Niewielkie ale zawsze.

     Eupatoria w dawniejszych czasach była miejscem styku różnych kultur i religii. Mieszają się tu zwyczaje prawosławne (czyli chrześcijańskie), muzułmańskie (tatarskie – choć nie do końca) i karaimskie (judaistyczne). Po drodze odwiedziliśmy kilka z takich świątyń, nie będę tu opisywał tych religii i kultur bo można to zrobić w internecie. Jednak najładniejsza i chyba jako jednana odrestaurowana jest dzielnica Karaimska. Niskie domy z kamienia i częściowo otynkowane z wyremontowanymi ulicami i chodnikami. W każdym oknie kwiatki lub pnącza winogron. Aż chciało się zerwać. Jakieś sklepiki i restauracje z lokalnymi karaimskimi specjałami.

   Przeszliśmy dzielnicę Karaimską i wyszliśmy na główny targ miasta. Tego właśnie szukamy na każdym naszym wyjeździe. To tu można zobaczyć prawdziwe życie mieszkańców, zrobić najciekawsze i najtańsze zakupy. Tym razem też się tak było. Szliśmy powoli między straganami, poznając miejscowe produkty. Rynek był nieoficjalnie podzielony na działy. Najpierw weszliśmy do części spożywczej. W jednym miejscu panie sprzedawały „swojskie” mleko od krowy, śmietany czy sery. Damian dostał do posmakowania mleko, bardzo gęste prawie jak śmietana. Obok mięso i pieczywo. Jeden cały bok alejki to budki z różnego rodzaju barami. Szybko wypatrzyliśmy bar z czeburiakami. Świeżutkimi robionymi na miejscu. Dobra rada czeburiaki można dostać na każdym kroku ale jeśli macie możliwość kupić świeże, nie zastanawiajcie się ani chwili. Nawet jak będą droższe. Świeże są przepyszne. Zamówiliśmy czeburiaki, wareniki i piwo. Piwa mają różne. Mi najbardziej smakowało Czernigiwskie, jedno z najpopularniejszych. Było też Lwowskie i Krymskie ale moim zdaniem gorsze.

   Ciekawostką jest to, że u nich piwa głównie sprzedaje się w butelkach plastikowych, takich dużych 2 litrowych. Oczywiście w szklanych też. U nas dobre piwa nie pozwolą sobie na takie opakowania, w plastikach są raczej te z najniższej półki. Jak komuś zasmakuje piwo na Krymie a chce kupić więcej to proponuję zwrócić uwagę na wielkość opakowania. Pyszny obiadek zjedzony idziemy dalej. Wszędzie świeże owoce i warzywa. W większości takie jak u nas ale można spotkać innie u nas nie znane lub rzadkie. Jedną ze specjalności Krymu są granaty. Spokojnie nie wojskowe tylko owoce. U nas raczej mało popularne. Tu taj robi się z nich pyszny sok. Taki prosto z sadu świeżo wyciskany w plastikowej butelce. Za butelkę pół litrową około 20Hr. Wszystko zależy od tego ile się kupi i jak dobrze handluje. Dalej kolejny ciekawy kąsek miody a w zasadzie zalewy miodowe. W słoikach były powkładane różnego rodzaju owoce i orzechy ale tak ciekawie że tworzyły widoczne z zewnątrz wzorki. Wszystko zalane miodem. Koszt około 30 Hr za słoik ćwierć litrowy. Oczywiście cena zależy id tych samych warunków handlowych co sok. Na Krymie jak się można domyśleć rośnie dużo winogrona. Co więcej rośnie dużo odmian tego soczystego owocu. Można dostać małe i duże jasne i ciemne, słodkie i mniej słodkie. Chodziliśmy, wybieraliśmy i smakowaliśmy ceny około 10-12 Hr/kr.

        

     W końcu uzbrojeni w zakupy i owoce postanowiliśmy poszukać plaży. Nie było by to skomplikowane i trudne, bo w Eupatorii plaż jest dużo, gdyby nie to, że każdy pytany pokazywał nam inną drogę. Oczywiście nie z braku uprzejmości tylko z tego powodu, że każdy inną. Ludzie na Krymie jak i na całej Ukrainie są dość mili i życzliwi dla turystów. Nie spotkaliśmy się z żadnymi problemami czy niechęcią. Tak się złożyło, że dotarliśmy do głównego deptaku miejskiego prowadzącego wprost na miejską plażę. Był to piątek więc większość mieszkańców była już po pracy i zaczynała weekend, więc całymi rodzinami szli na plaże. Deptak typowy jak w mieście kurorcie. Szeroki z licznymi straganami, strzelnicami i wszelkiego typu zabawami. Zaznaczam bardzo czysty i spokojny. Rosjanie bardzo lubią się „pokazać” i pozować. Więc w wielu miejscach można przebrać się za wybraną postać i zrobić sobie sesję zdjęciową. Dość karykaturalnie wyglądali ludzie ubrani w grube średniowieczne stroje i pozujące w upale czterdziestu stopni. No ale czego nie robi się dla zdjęć. Szczególnie, że to tak naprawdę nie wyglądało tak ładnie jak na zdjęciach reklamowych.

   Ale każdy ma soje potrzeby. Przed plażą na bramie zaskoczyły mnie tabliczki o zakazie palenia papierosów i picia alkoholu na plaży. Tak sobie pomyślałem „no, no tu na  wschodzie na pewno tego przestrzegają”. A właśnie, że przestrzegają! Nikt nie palił, nikt nie pił. No może piwko ale naprawdę dyskretnie i jedno a nie całą zgrzewkę. Bardzo mnie to pozytywnie zaskoczyło. Plaża czysta, piaszczysta. Niestety bardzo, bardzo gęsto obłożona ręcznikami. Leżał praktycznie człowiek obok człowieka, głównie z tego powodu, że to akurat darmowa plaża miejska. Nie była za duża. Na dodatek na środku stały dwie wielkie dmuchane zjeżdżalnie, płatne i z boku wyciąg do jazdy na bananie za motorówką, płatne. Niestety plaża miała jeszcze inną wadę. Na środku stał pan z wielkim megafonem i co jakiś czas wykrzykiwał reklamy. Oj, darł się głośno, miałem ochotę krzyknąć aby się zamknął. Ale ani by mnie nie zrozumiał, ani nie byłem u siebie. Takie jego prawo.
Bardzo ciekawe było za to „zaopatrzenie”. Po plaży co chwilę chodzili różni ludzie oferujący najróżniejsze „przysmaki”.  Celowo wiozłem słowo „przysmaki” w cudzysłów bo dla nas przyzwyczajonych do jagodzianek, popcornu czy zimnego piwa te przekąski były egzotyczne. „свіжі креветки”, „гарячої кукурудзи”, „копченої риби” …. szczególnie ta wędzona ryba. Człowiek obok mnie kupił sobie garść krewetek. Takie maleńkie że ledwo je widać, miały może 2-3 centymetry. Siedział cały czas i je dłubał. Szprotki przy nich to giganty.
Na słońcu było bardzo przyjemnie cieplutko i tylko co jakiś czas lekki wietrzyk zawiał od strony morza. Na błękitnym, gładkim niebie były ledwo widoczne maleńkie chmurki. Woda w Morzu Czarnym ciepła, może nie jak nad Morzem Czerwonym ale dużo cieplejsza niż w Bałtyku. Przyjemna. Zero fali, tafla gładka jak jezioro, tylko co jakiś czas przepływająca motorówka zrobiła chwilową falę. Plaża piaszczysta i czysta.

     Po kilku godzinach takiego wylegiwania się na słońcu wróciliśmy marszrutą do naszego pensjonatu. Po drodze zrobiliśmy jeszcze szybkie zakupy na kolację i dzień następny.

 

Wasze komentarze

Dodaj komentarz

*

This blog is kept spam free by WP-SpamFree.